Witaj na salonach, nacjonalizmie

Gdy prawicowe media obwieszczają zwycięstwo „normalności” i szydzą ze swoich krytyków, gdy większość komentarzy koncentruje się na braku napaści i burd, moim zdaniem przeoczamy prawdziwe znaczenie wczorajszego Marszu Patriotów we Wrocławiu i Marszu Niepodległości w Warszawie. Ani nie wygrała „normalność”, ani nie powinniśmy cieszyć się z braku rozrób. Jedynym zwycięzcą wczorajszego dnia okazał się, przyjmowany już z honorami, nacjonalizm.

We Wrocławiu, z pod Dworca Głównego ruszał wczoraj Marsz Patriotów, świętujący rocznicę niepodległości hasłem „przecz z islamem”. No tak, to rzeczywiście dość normalne – świętowanie odzyskania wolności poprzez domaganie się wyrzucenia części obywateli z kraju (już to gdzieś widzieliśmy, nieprawdaż?).

By nie oceniać marszu i jego uczestników tylko na podstawie przekazu medialnego, postanowiłem w nim uczestniczyć (tak długo, jak wytrzymam). Przyjechałem na Dworzec na pół godziny przed początkiem manifestacji. Krążyłem między uczestnikami marszu, patrzyłem na krzyże celtyckie i falangi powiewające w powietrzu, dumnie prezentowane na koszulkach, bluzach, kurtkach i naszywkach. Zlewałem się z morzem czerni – koloru, który przygniatająco dominował wśród uczestników (i pozwalał mi zgubić się w tłumie, gdy sam w byłem w czarnym dresie). Zauważyłem znacznie mniej kominiarek, niż w roku poprzednim. Najwyraźniej nie były już uczestnikom potrzebne. Otaczały mnie pochodnie i race, okrzyki i przyśpiewki, poczucie dumy i pewności siebie bijące od ludzi. A wszystko to pod biało-czerwonymi flagami. Ale przecież to nie był marsz celebrujący niepodległość i wolność, i uczestnicy nawet tego specjalnie nie ukrywali.

Doskonale pamiętam dyskusje z przed roku, dwóch i oburzenie, gdy używałem słowa „nacjonaliści” na opis uczestników poprzednich marszów i coraz większej grupy Polaków. Jeszcze wcześniej zarzucano mi, że niesłusznie mówię „narodowcy”, gdy to „patrioci” otoczeni garstką idiotów i zadymiarzy. Potem „patrioci” zamienili się w „narodowców”, którzy zasadniczo różnią się od „nacjonalistów”. Cały czas słyszałem, że obrażam, że nie wiem, co mówię, że oceniam przez pryzmat kilku głupich ludzi (oczywiście najczęściej prowokowanych). Dziś te same osoby zaczynają tę samą śpiewkę i te same teksty od „nacjonalizm to nie faszyzm”, kompletnie nie słysząc ironii swoich słów. A przecież dziś nacjonalizm przeistoczył się w powód do dumy. Był na wielkich transparentach na marszu, na koszulkach, w końcu był drugim, najgłośniejszym okrzykiem, jaki podczas marszu słyszałem (najgłośniejszy był dla mnie kolejny klasyk celebrowania wolności i wyrażania radości: „raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”). Uczestnicy marszu dumnie chcieli całej Polsce uświadomić: „nadchodzi, nadchodzi… NACJONALIZM”.

Nadchodzi i już tu jest. Zadomowił się i czuje się u nas, jak u siebie. Dlatego ten spokojny marsz we Wrocławiu i „spokojny” marsz w Warszawie były dla mnie znacznie bardziej przerażające, niż przemoc lat ubiegłych. Bójmy się braku rozrób – one były potrzebne, ponieważ nacjonalizm był „niszowy”, walczył o dopuszczenie do głosu, walczył o uznanie i zagarnięcie przestrzeni w dyskursie społecznym. I to mu się udało. Znów zagościł w parlamencie (gdzie też oficjalnie zostali zaproszeni członkowie partii faszystowskich po raz pierwszy od II Rzeczypospolitej), ma swoich oddanych obrońców w mediach. Dlatego nie musi już „walczyć”, teraz pręży tylko muskuły, teraz zapowiada, co stanie się za kilka lat. Przez marsze w Polsce przewijało się hasło „Nadchodzi, nadchodzi… NACJONALIZM”. Nie trzeba już pisać o „lewackich prowokacjach”, nie trzeba ukrywać się za „patriotyzmem”. Polacy zaakceptowali nacjonalizm w całej jego potworności i (póki co) nie widzą w tego typu hasłach nic złego.

Dlatego spokojny marsz z pochodniami i racami powinien nas znacznie bardziej przerażać, niż ten pełen przemocy i agresywnych wybryków. Źle zorganizowane bojówki, gromady nacjonalistów jeszcze w tamtym roku musiały udowadniać, że trzeba się z nimi liczyć. W tamtym roku były jak pęknięcia w tamie, którymi ulatnia się pod sporym ciśnieniem mała strużka wody. Mało kto próbował te pęknięcia i przecieki zatamować kilka lat temu. Ignorowano (i ignorowaliśmy) te strużki nienawiści ciągle powtarzając, że to jednostkowe przypadki, że – choć wybuchowe – nie stanowiły zagrożenia. Dziś nie ma już żadnej tamy, więc te strużki wody zniknęły w nowo wyżłobionym korycie obojętności. I dziś, tym szerokim korytem obojętności płynie rzeka nacjonalizmu i nienawiści. Kilka lat temu naszym zadaniem było łatanie pęknięć i zatrzymanie przecieku. Dziś musimy raptem zawrócić rzekę…
Trwa ładowanie komentarzy...