O autorze
Julian Jeliński – filo­zo­f, publicysta, tłumacz. Absol­went filo­zo­fii i komu­ni­ka­cji spo­łecz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Wro­cław­skim. Współpracował m.in. z Insty­tutem Stu­diów Nad Isla­mem we Wrocławiu, Polskim Stowarzyszeniem Racjonalistów, portalem Racjonalista.pl oraz portalem ListyzNaszegoSadu.pl. Inte­re­suje się zagad­nie­niami filo­zo­fii społeczno-politycznej, toż­sa­mo­ści Afro­ame­ry­ka­nów, wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści w ame­ry­kań­skiej filo­zo­fii poli­tycz­nej, filozofii Cornela Westa, kwe­stią spo­łecz­nego wymiaru reli­gii na świe­cie oraz popularyzacją nauki. Tłu­macz arty­ku­łów Sama Har­risa.

Brednie są wszędzie. Emocjonalne pożegnanie Jona Stewarta

Comedy Central
Po 16 latach stania na czele najsłynniejszych fałszywych wiadomości, Jon Stewart pożegnał się z programem. Skończyła się era „The Daily Show with Jon Stewart”, a sam komik żegnając się z fanami kolejny raz dowiódł swojej wyjątkowości i klasy, którą przewyższa i „prawdziwych” dziennikarzy.

Przez 17 sezonów Jon Stewart uczynił z The Daily Show nie tylko zabawną, satyryczną zbitkę gagów politycznych, a wyjątkowy program, który zdobył znacznie więcej, niż jedynie popularność wśród społeczeństwa amerykańskiego. Stał się nawet jednym z najbardziej godnych zaufania programów informacyjnych (często wybieranych zamiast „prawdziwych” wiadomości)! Rzesze Amerykanów oglądały Daily Show, by poznać prawdziwą wersję wydarzeń, by nie dać się omamić kłamstwom Fox News, idiotyzmom na MS NBC, a przede wszystkim pustym hasłom i obłudnym zachowaniom polityków.



Nic dziwnego zatem, że kiedy Stewart ogłosił odejście z programu, otworzył się worek artykułów, których autorzy prześcigali się w wyszukiwaniu ważnych wywiadów, które przeprowadził; spraw, które skutecznie popierał na antenie; polityków, których manipulacje obnażył i szeregu innych list ważnych osiągnięć. A jest w czym wybierać. Sam Stewart nigdy nie szczycił się tymi osiągnięciami, co więcej – nigdy nie użyłby słowa „osiągnięcia”, by opisać te wydarzenia. Ta sama skromność popchnęła go, by mówić sprowadzanym do programu komikom, że nigdy nie będą musieli mu za nic dziękować. A przecież to właśnie Stewart przyczynił się do rozwoju kariery Stephena Colberta, Johna Olivera czy Larry’ego Willmore’a (każdy z nich dzięki pracy w The Daily Show otrzymał swój własny program telewizyjny). Podczas ostatniego programu Stephenowi Colbertowi udało się jednak zignorować scenariusz i emocjonalnie podziękować w imieniu swoim i wszystkich, którzy mieli możliwość pracować z Jonem Stewartem:


Jon Stewart mógł pożegnać się z widzami w każdy możliwy sposób: mógł pochwalić się, jak wielu ludzi go lubi, szanuje i ceni zapraszając wszystkich do zaśpiewania razem sentymentalnej piosenki (jak zrobił Stephen Colbert); mógł ostatnim gościem uczynić prezydenta Ameryki (Obama zresztą pojawił się w jednym z ostatnich programów), lub jakąkolwiek wyjątkową gwiazdę świata mediów i polityki; mógł w końcu uczynić z ostatniego programu show pełne fajerwerków i efektów specjalnych. Jednak Stewart tego nie zrobił. Ostatni tydzień poświęcił na spotkania z przyjaciółmi – z ludźmi, których po prostu ceni. Dlatego też ostatnimi gośćmi The Daily Show byli Denis Leary, Louis C.K. – towarzysze w ciężkiej profesji komika.

W końcu nadszedł ostatni, specjalny odcinek The Daily Show. Jak zatem Stewart pożegnał się z programem, z którym zdobył aż 18 nagród Emmy (i liczne inne nagrody)? Zaprosił do programu wszystkich byłych i obecnych współpracowników – korespondentów (w tym m.in. Steve’a Carella, Louisa Blacka, Wyatta Cenaca, Johna Olivera, Stephena Colberta i Larry’ego Willmore’a), przedstawił i zaprosił przed kamerę praktycznie całą ekipę pracującą nad produkcją programu, dziękując im za wspólnie spędzone lata i poświęcił kilka minut, by ostatni raz szczerze przemówić do widzów. I te kilka minut dobitnie ukazało, jak ważną postacią jest Jon Stewart oraz, że już dawno przestał być jedynie komikiem, a stał się nauczycielem, publicznym intelektualistą, pomagającym nam przekopać się przez tony manipulacji, pustych haseł, przeinaczeń i innych szaleństw świata polityki XXI wieku.

Żegnając się z fanami w tym krótkim, osobistym monologu, Stewart skoncentrował się tylko na jednej kwestii – na ostatniej przestrodze. „Bullshit is everywhere” – brednie są wszędzie. I choć czasem są niezbędne byśmy się nawzajem nie pozabijali z nadmiaru szczerości („w tych spodniach rzeczywiście wyglądasz grubo”, „twoje dzieci są strasznie brzydkie” itp.), najczęściej ukrywają coś przed nami, coś, z czym nigdy byśmy się nie zgodzili, gdyby udało nam się owe brednie przejrzeć na wylot.

Ów „bullshit” przybiera zdaniem Stewarta 3 postacie:

1. Brednie, które sprawiają, że coś złego wydaje się być czymś dobrym.

Ustawę o inwigilacji obywateli nazwano „Patriot Act”, ponieważ nikt nie kupiłby ustawy „czy już boisz się na tyle, by pozwolić na ciągły podsłuch?”. Ładne hasła z reguły przykrywają znacznie mniej atrakcyjną rzeczywistość. Stewart ostrzega nas, że zawsze, gdy coś ma w nazwie słowo „wolność”, „rodzina”, „uczciwość” czy „Ameryka”, możemy spodziewać się bredni.

2. Ukrywanie czegoś złego pod górą bredni

Nikt z nas nie czyta skomplikowanych i długich zasad użytkowania. Automatycznie klikamy „przeczytałem i akceptuję”. Podobny mechanizm występuje i w polityce (i biznesie). Pod setką, drobnym drukiem wypisanych punktów kryje się możliwość handlowania czyimś ubezpieczeniem bez wiedzy ubezpieczonego. Mało kto będzie w stanie przebrnąć przez te wszystkie kruczki, a na to właśnie liczą profesjonalni twórcy bredni.

3. Brednie niekończących się poszukiwań prawdy

Te brednie brzmią mniej więcej tak: nie możemy niczego zrobić, dopóki nie będziemy na 100000000% pewni, że z całą pewnością, bez żadnej, najmniejszej wątpliwości, dopóki bez jednego głosu sprzeciwu nie stwierdzimy, że klimat na Ziemi się zmienia. Do momentu, aż ten „rozsądny” standard 100000000% pewności nie osiągniemy, musimy czekać, taplać się w ukochanej ropie naftowej i „nauczać kontrowersji” (przeskakując na temat ewolucji).


„Brednie są wszędzie. I jedyną obroną przed bredniami jest czujność. Jeżeli zatem coś ci śmierdzi, reaguj.” To nie są słowa komika dbającego tylko o żarty i rozbawioną publiczność. To słowa publicznego intelektualisty zmartwionego poziomem dyskursu publicznego, który przez 16 lat mierzenia się z kłamstwami, manipulacjami i często zwykłą niekompetencją dziennikarzy, polityków i reporterów wciąż nie dał się pokonać cynizmowi. I właśnie dlatego, wraz z odejściem Stewarta skończyła się pewna era. Możemy mieć jedynie nadzieję, że ktoś przejmie po nim pałeczkę w przywracaniu rozsądku społeczeństwu (a pierwsze znaki na niebie wskazują, że ciężar tego zadania wziął na siebie John Oliver).
Trwa ładowanie komentarzy...